Strony

28 stycznia 2011

Hot Pot


Huo guo...


Jednymi z najbardziej popularnych restauracji w Chinach są restauracje Hot Pot.
Tradycja ta sięga 1000 lat wstecz i wywodzi się z Mongolii, gdzie hot poty były najlepszym dla mongolskich wojowników jedzeniem obozowym. Później taki sposób jedzenia rozprzestrzenił się na północne Chiny, aż w końcu stał się jednym z najpopularniejszych dań w całych kraju.


Hot pot to nic innego, jak podgrzewany non stop garnek z gorącym bulionem, w którym gotuje się warzywa i mięso. Najlepiej smakuje zimą, bo pozwala na rozgrzanie się przemarzniętemu organizmowi.
W restauracji otrzymujemy menu, na którego liście znajdziemy masę surowych warzyw, owoców morza, mięs, tofu, makaronu czy pierożków. Mięso pokrojone w cienkie plasterki, warzywa, tak by gotowanie ich nie zajęło zbyt dużo czasu. Do tego kilka rodzajów bulionu. Wybieramy ten, który najbardziej przypada nam do gustu i garnek z takim właśnie dostaniemy do własnej dyspozycji. Ważne jest, by bulion, który dostaniemy nie miał zbyt intensywnego smaku. Dzięki temu uda nam się skomponować swój własny, najlepiej odpowiadający nam smak 'zupy'. Oprócz tego zamawiamy surowe jedzenie na środek stołu, którym będziemy dzielić się z naszymi współtowarzyszami. W centralnym miejscu restauracji najczęściej znajdziemy różnego rodzaju przyprawy, m.in. sos sojowy, czosnek, chili, ocet czy pieprz, które możemy dodać do bulionu. Możemy także użyć ich, jako dipów do ugotowanego jedzenia. Chińczycy często takie przyprawy dodają do bulionu na końcu i całość wypijają.



Czekamy aż bulion zawrze i już możemy przystąpić do gotowania swojego dania. Sam smak hot potów może nie szczególnie, mi akurat, przypadł do gustu, ale sposób spędzania czasu ze znajomymi podoba mi się bardzo. Można bowiem siedzieć tak przez cały zimny zimowy wieczór. Jedzenie gotuje się od kilku do 15 minut. Oznacza to, że mało możliwe jest opuszczenie restauracji po 30 minutach. Tym bardziej, że do garnka wcale dużo jedzenia na raz się nie zmieści.


Smacznego!

20 stycznia 2011

Ćwiczenia



Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Chin w maju, mieszkaliśmy w hotelu, z okna którego, mieliśmy widok na pobliski park. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że każdego ranka, już od wczesnych godzin, zbierali się w nim starsi ludzie i wspólnie ćwiczyli tai chi. Na takie spotkania przychodzą chętni. Sąsiad przyprowadza sąsiada, sąsiadka mówi o spotkaniu znajomej. W wygodnych strojach, z szarfami, bądź wachlarzami, wykonują dokładne, tradycyjne ruchy.
Czemu na powietrzu? Przede wszystkim dlatego, że wierzy się, że pod gołym niebem jest najwięcej energii. Pewnie dlatego też, że za spotkania w parku nie należy się żadna opłata.



Jeszcze bardziej zaskoczyło nas to, że wieczorami, w parkach, zbiera się kolejna grupa ludzi, tym razem o wiele większa. Ci ludzie tańczą. Zazwyczaj jeden układ, ale są też tańczące pary. Przy tradycyjnej muzyce chińskiej, bądź zwyczajnym popie. W tej grupie znajdziemy nie tylko ludzi starszych, ale i młodszych, z dziećmi czy bez. Właściwie cały przekrój społeczeństwa.




W ogóle, chińskie parki, to bardzo ciekawe miejsca. Można w nich spotkać ludzi grających w gry, puszczających latawce, tańczących, śpiewających, lub robiących takie oto dziwne rzeczy, których nie potrafię nazwać... :)




A żeby w parkach nigdy nie było za cicho, w specjalnych głośnikach rozbrzmiewa chińskie radio.



I niech nie zmyli Was słoneczna pogoda - zasypało i nas...

14 stycznia 2011

Świeże mięsko :P


Skoro moi czytelnicy spragnieni Chin, to zacznę, że tak powiem z 'grubej rury'.
Sklepy mięsne w Chinach wyglądają tak...






Cieszę się więc, że mięsa nie jadam od lat, nie mam na nie ochoty, więc i nie mam problemu z zastanawianiem się, skąd owo mięso na moim talerzu się wzięło.
Oczywiście, każde mięso można również kupić w supermarkecie. Tam taki wybór, że na oczy nigdy nie widziałam więcej. Bo Chińczycy mięso lubią. I biada tym, którzy myślą (tak jak ja myślałam), że wegetarianie w Chinach mają raj! Mięso znajdziemy prawie wszędzie. Prawie w każdym daniu w restauracji. Nawet, jeśli w karcie o mięsie nie ma mowy. Często zdarza się też tak, że jeśli już zamówisz coś mięsnego, na twoim talerzu znajdziesz stertę kości, głowę, bądź jakieś nic nie przypominające strzępki. I te kości, z minimalną ilością mięsa, kosztują o wiele więcej niż mięso bez kości. Dziwicie się? Wszystko dlatego, że mięso z kością smakuje o wiele lepiej. Nieważne, że się nie najesz... A język i mózg kaczki jest jednym z bardzo popularnych obiadów w Chinach.


Z głowami zwierząt, które dostaje się wraz z zamówieniem w restauracji jest jeszcze inna historia. Chińczycy, jeśli płacą, to wymagają, myślą sobie 'zamówiłem kaczkę, to chcę ją mieć całą, skąd mam wiedzieć, co się stało z resztą zwierzęcia, może obsługa je zjadła?' A tak przecież być nie może :)
Jeśli w restauracji zamawiasz owoce morza, obsługa najczęściej przyjdzie do ciebie wraz z jeszcze żywym stworzeniem, a dopiero za chwilę rozprawi się z nim w kuchni.

Pierwsze zdanie, jakiego nauczyłam się po chińsku było "ło bu czy roł!" - nie jem mięsa, nie jem! ale oni mnie nie rozumieją, 'o co ci babo chodzi?!'. Ktoś, kto nie je mięsa to dla nich jakiś wariat po prostu, no bo jak to, mięsa nie jeść?
Oni jedzą, bo kiedyś nie było, jak jadłeś to byłeś bogaty, no to teraz jedzą, ile wlezie... Nieważne z jakiego sklepu...
ehhh te Chiny :)

12 stycznia 2011

W Europie...




Emma podróżowała. Przez miesiąc. Choć podróżowaniem może nie powinnam tego nazywać, bo byliśmy po prostu w Polsce, odwiedzaliśmy rodzinę i znajomych, i rodzinę, i znajomych, i odpowiadaliśmy grzecznie na wszelkie pytania dotyczące Chin, i bawiliśmy się.
W tzw. międzyczasie, zahaczyliśmy o stare kąty w Niemczech, gdzie raczyliśmy się urokiem świątecznego marketu, sączyliśmy grzane wino i podziwialiśmy Alpy...





... a Nowy Rok powitaliśmy nad polskim morzem.





Żeby nie było tak kolorowo, straciliśmy też sporo nerwów, szczególnie na naszych dziurawych polskich drogach i w 'ulubionych' urzędach, a także zerkając na wiadomości.
O dziwo, nawet zatęskniliśmy za Chinami. I za chińskim jedzeniem. Bo na polskim Niedźwiedź mi wyrósł :) w przeciwieństwie do europejskich miast, które po pobycie w Chinach wyglądają, jak miniaturowe miasteczka. Małe domki, wąskie drogi i pustka. Gdzie te tłumy? Nawet przedświąteczne szaleństwa w centrum handlowym nie zrobiły na nas żadnego wrażenia!

A w Chinach? W Chinach zimno, ale słonecznie i zielono. Zresztą, temperatura -1°C nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Tylko w mieszkaniach brak ogrzewania i ubierać się trzeba grubo. A nadal się marznie. Ale nieważne... I tak nie ma jak w "domu" :)

Przy okazji pobytu, dowiedziałam się, że mój blog ma całkiem spore grono odwiedzających, tylko się nie ujawniają, nygusy! Poprawić się! :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...