Strony

20 września 2011

O skarpetce


Chińska moda.

To bardzo trudny temat. Ludzie tutaj ubierają się "inaczej". I nie jest to może zła moda. Jest tylko zupełnie inna. Cały modowy temat podzielę na kilka części, bo chińskiej mody ulicznej nie da się zmieścić w jednym poście.

Na pierwszy plan wychodzi mój ulubiony skrawek chińskiej garderoby, mianowicie s k a r p e t k i. Ponieważ "śliczne", cienkie skarpetki do kostek "urozmaicają" niemal każdy strój. I nieważne jest, czy pani je ubierająca ma 10-20-30 czy 50 lat. Skarpetki są niemal nieodłącznym dodatkiem do stroju. Mało istotne jest również to, czy na nogach są szpilki, baleriny, sandały czy klapki. Skarpetki muszą być i już!




Kiedy pewnego dnia chciałam kupić sobie buty i po przymierzeniu ich uznałam, że są jednak trochę niewygodne, pani sprzedawczyni, z pełnym powagi wyrazem na twarzy powiedziała, że wystarczy założyć taką oto czarodziejską skarpetkę i but będzie leżał jak ulał. 
Może to i prawda, ale nie zdecydowałam się na to szaleństwo :)





Dopytywałam moją chińską koleżankę, o co z tymi skarpetkami chodzi i przyczyna jest bardzo prosta. Skarpetki owe nosi się po to, by noga się nie pociła i nie "jeździła" w bucie.




No cóż, może warto przywieźć ten zwyczaj do Europy?

09 września 2011

Trochę bardziej prywatnie



Dziś będzie dużo gadania i, jak to się mówi, prywaty :)
Dlaczego?
Ano dlatego, że pewnego dnia, pewna osóbka, zadała mi pewne bardzo skomplikowane pytanie... 'co zmieniło się u mnie/we mnie, po roku mieszkania w Chinach?'
Kejti, muszę przyznać, że pytanie Twoje nie dawało mi spokoju. Odpowiedzi na nie szukam każdego dnia w swojej głowie.
Myślę, że odpowiedzi na to pytanie mogłyby udzielić osoby, które dawno mnie nie widziały. Samej o sobie mówić trudno, zauważam jednak parę rzeczy i postaram się coś o nich napisać :)

Przede wszystkim straciłam cierpliwość (choć mój mąż mówi, że nigdy jej nie miałam...). To, jak Chińczycy olewają wszystko, jak nigdy nie można się o nic doprosić, to, że trzeba dzwonić do nich milion razy, by coś załatwić. To, że nie starają się myśleć, zastanawiać, rozwiązać problemu, to doprowadza mnie do białej gorączki! Zawsze byłam nerwowa, ale tutaj to przechodzi ludzkie pojęcie. I myślałam, że może dzięki temu moja cierpliwość się poprawi, ale ja po prostu jestem na wykończeniu nerwowym :)

Przekonałam się, oboje się przekonaliśmy, że kochamy Europę. Doceniłam swoje małe miasteczka, w których mieszkaliśmy wcześniej. Doceniłam jedzenie. Doceniłam naturę i pogodę w Europie. Szczególnie lato. Wiem, że tutaj jestem tymczasowo, ale brakuje mi naszego swojskiego i miniaturowego życia europejskiego. Kiedy poprzedniej zimy wróciliśmy do naszego rodzinnego miasta, nie mogliśmy uwierzyć, jakie wszystko jest małe. Malutkie domki, bloki, sklepiki. W porównaniu do Chin, wyglądało to jak budowle z klocków. Niemal płaczę, kiedy oglądam zdjęcia niebieskiego nieba, białych chmurek, zielonych drzew, czystej wody. Pobyt tutaj na pewno pozwolił mi docenić, jakimi szczęściarzami jesteśmy móc mieszkać w Europie.
Wiem, że wielkie miasta męczą mnie i drażnią. Wieżowce, szerokie drogi, masa aut i tłumy ludzi są tutaj na porządku dziennym. Nie ma gdzie się schować. Tak bardzo tutaj tego brakuje. Dlatego rękami i nogami zapieram się przed zwiedzaniem Hong Kongu, bo mam wrażenie, że tam nic innego prócz wysokich bloków, no ale skoro już tutaj jestem powinnam mimo wszystko zobaczyć to na własne oczy... :)

Dzięki pobytowi w Chinach przekonałam się, że język chiński, skomplikowany owszem, nie jest aż tak skomplikowany, jak mi się wydawało. Jestem w stanie porozumieć się w sklepie i taksówce, umiem napisać kilka znaczków. Mówię, że nauka żadnego języka nie cieszy tak, jak to, że mogę powiedzieć jedno zdanie po chińsku i być zrozumianą. Fantastyczne uczucie.
Jeśli już jesteśmy przy językach, to ogromnym plusem mojego pobytu tutaj jest rozwój mojego angielskiego. Pękam z dumy, jak bardzo wyszłam do przodu z moimi zdolnościami i z jaką łatwością w tej chwili przychodzi  mi porozumiewanie się po angielsku. To niewątpliwie jeden z największych plusów pobytu w Chinach.

Pobyt tutaj i ilość ludzi, z którymi mam okazję spotykać się niemal każdego dnia przyczyniły się również do tego, że stałam się bardziej otwarta, bardziej gadatliwa i przestałam 'bać się' obcych. A moją bratnią duszę mogę znaleźć po jednym dniu spędzonym razem.

W chińskich knajpach przestałam tłumaczyć, że jestem wegetarianką. Bo nikt i tak nie wie o czym ja mówię. Przestałam też szukać miło wyglądających restauracji. Na początku pobytu tutaj nie odważyłabym się wejść do niektórych knajp, które w tej chwili są moimi ulubionymi. I jeśli już o restauracjach mowa, to nauczyłam się jeść pałeczkami i teraz, nawet jeśli gotuję chińszczyznę u siebie, do jej jedzenia używam pałeczek, bo jedzenie chińskiego dania widelcem nie smakuje tak samo (oczekiwani goście, trenujcie!).
Uliczne jedzenie? Nic nie jest mi straszne! A po imprezie nie ma nic lepszego niż przyuliczny grill za przysłowiowy grosz.

Chiny również utwierdziły mnie w przekonaniu, że podróbkom mówię NIE. Śmiać mi się chce, kiedy na każdym kroku na ulicy widzę ludzi wystrojonych w torby Gucci'ego, zegarki Chanel, stroje Versace. 

Przestałam również bać się szalonej chińskiej ulicy, gdzie auta jeżdżą we wszystkie strony, nikt nie zwraca uwagi na kolor świateł, a piesi przechodzą przez środek skrzyżowania.
Stałam się już niemal Chińczykiem, kiedy w tej dziczy zamiast oglądać się, czy nic mnie nie rozjedzie piszę smsa :)

Nie obrzydza mnie dziecko robiące siku na środku chodnika, bądź  na środku supermarketu. Jedyne z czym nadal nie mogę sobie poradzić i co napawa mnie obrzydzeniem to plujący panowie. Nie będę zdradzać Wam szczegółów.

A na koniec z radością przyznam się Wam, że mimo iż możemy mieć sprzątaczkę (każdy tutaj takową posiada) właśnie się ze swoją rozstałam, bo ku zdziwieniu wszystkich wokół wolę sprzątać sama i bardzo za tym tęskniłam :) to dowód na to, że w całym tym szalonym chińskim świecie jeszcze nie upadłam na głowę ;)

A przecież jesteśmy w Chinach, tutaj wszystko jest możliwe...

05 września 2011

Jakże urocze miejsce


Miejscem, które jest przeze mnie najczęściej odwiedzanym w Suzhou jest śliczna stara uliczka zwana Pingjiang Lu.
Zaraz sami przekonacie się dlaczego...








Jest to miejsce pełne herbaciarni, kafeterii, małych sklepików.
To właśnie na tej ulicy zaopatruję się w moje ulubione kubeczki, tam kupuję jedwabne apaszki dla najbliższych.
Tam jest moja ulubiona księgarnia.
Również tam zabieram tych, którzy jeszcze nie mieli okazji tam być.






I z wielką przyjemnością robię tam zdjęcia.
Zresztą, nie tylko ja, bo uliczka ta ma w sobie niesamowity urok i dostrzegają to wszyscy.






Na Pingjiang Lu uwielbiam przypatrywać się życiu starych mieszkańców Suzhou, którzy wśród tłumu zwiedzających to miejsce turystów, robią pranie, gotują i relaksują się przy swoich domach.
I niczym się nie przejmują... 





Jedynym ogromnym minusem tej uliczki, o którym muszę wspomnieć są skutery i rowery jeżdżące we wszystkie strony, ale z tym trzeba się po prostu pogodzić, w końcu jesteśmy w Chinach...

Już niedługo, przy okazji kolejnych, długo wyczekiwanych gości ( !! : ) ) wybiorę się tam znowu i już się nie mogę doczekać, żeby IM pokazać tę uliczkę osobiście.




LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...